Piękna kariera umiera na naszych oczach

ciekawostki

Młodziaki z Wisły stawali się coraz bardziej bezczelni. Z równowagi wyprowadzili nawet swojego trenera. – Kochali siateczki. Kanał gonił kanał, z uśmiechem puszczali piłkę między nogami innych. To był zespół techniczny, oni przy bezpiecznym prowadzeniu już nie grali, tylko się bawili, kto ile komu założy siatek. Taki Leszek Lipka, świetny technik, to wybierał kanał i dopiero zagranie – opowiada Aleksander Brożyniak.

– Na treningach?

– W meczach! Tak ośmieszali rywali, że już nie mogłem na to patrzeć. Świadczyło to o ich pewności siebie i swobodzie, jasne, ale w końcu się wkurzyłem i zabroniłem tych siatek.

W 1978 roku, po 28 latach przerwy, Wisła ponownie została mistrzem Polski. Dowodził nią Orest Lenczyk. Budowę zwycięskiego zespołu rozpoczął jego poprzednik, Brożyniak. To, że Wisła miała najzdolniejszą młodzież w kraju nie podlegało dyskusji. 31-letni trener stanął przed wyzwaniem, żeby te diamenty, najlepszych przez dwa lata z rzędu (1975, 1976) juniorów w kraju, oszlifować i nie pozwolić zginąć po drodze.

– Zacząłem od zmian w funkcjonowaniu drużyny – Brożyniak cofa się wspomnieniami 0 40 lat. – Wcześniej przed treningiem zawodnicy wpadli do szatni w ostatniej chwili. Ja wymagałem obecności pół godziny przed zajęciami. W Polsce to jeszcze nie było spotykane. No bo gdzie się zaczyna dyscyplina? W szatni. I okazało się, że znaleźli czas na wspólną kawę. Mieli swoje miejsce u magazyniera, a jak pogoda pozwalała to siadali na ławce przed klubowym budynkiem. Takie rozmowy czy żarty zespajały zespół, kształtowały jego oblicze. Powtarzałem, że skoro są profesjonalistami, to wymagam od nich odpowiedniego podejścia. Adaś Nawałka raz złamał regulamin, więc dostał po kieszeni.

– Co zrobił?

– Nie wrócił na czas ze zgrupowania reprezentacji młodzieżowej, opuścił jeden czy dwa treningi. Z trenerem tej kadry, Marianem Szczechowiczem, znałem się ze studiów. Zadzwoniłem do niego zaniepokojony. – Zgrupowanie skończyło się wczoraj o godzinie 20. Powinien już być u ciebie – usłyszałem. Nie było. Kiedy się pojawił, chciałem ustalić, gdzie się podziewał. – Trenerze, odwiedziłem wujka po drodze. – Jesteś już zawodnikiem ligowym i obowiązują cię inne kryteria niż juniora. Znasz regulamin, dostajesz karę. – Dobrze, to był pierwszy i ostatni raz.

– Dotrzymał słowa?

– Nie miałem już z nim żadnych problemów.

Zakazane filmy w szatni

Kiedy w 1979 roku krakowianie w ćwierćfinale Pucharu Europy grali rewanż z Malmö FF, na boisku w koszulkach Wisły pojawił się jeden 22-latek, trzech 21-latków i czterech 20-latków. Sześciu z nich było jej wychowankami.

Brożyniak: Zdarzało się, że na treningu miałem trzech czy czterech zawodników. Pięciu wyjeżdżało na zgrupowanie pierwszej reprezentacji, tyle samo na młodzieżówkę, a trzech na kadrę juniorów. Tym, którzy zostali, organizowałem trening indywidualny.

Lucjan Franczak (były trener Wisły): W klubie mówili, że jak zawodnik ma 23 lata to jest już za stary, trzeba go zmieniać i wprowadzać młodego. Oczywiście tak się nie działo, ale to pokazuje, jaki mieliśmy napływ juniorów.

Razem zaczynali kopać piłkę w trampkarzach Wisły, wspólnie uczyli się samodzielności na pierwszych obozach i przeżywali męki przed ścianą płaczu, jak nazywali kawałek muru postawionego przez Franczaka, o który godzinami musieli obijać piłkę i ćwiczyć technikę. Czy można się dziwić, że ci piłkarze, których część znała się od dziecka, czuli się w swoim towarzystwie tak dobrze?

Kiedyś na zgrupowaniu odwiedził ich Roman Hurkowski z planem napisania reportażu z przygotowań Wisły. Wymyślił, że potrenuje z nimi jako bramkarz. Szkoleniowcy nie mieli nic przeciwko. Hurkowski intensywnie rozgrzewał się w bramce, a wiślacy uradzili, że spróbują mu wybić jak najwięcej palców. I strzelali z każdej pozycji. Dwadzieścia metrów, pięć, dwa. Bez różnicy. W kierunku bramkarza odpalano torpedę za torpedą. Kiedy skończyły się zajęcia, Hurkowski drżącą ręką zdejmował rękawicę z drugiej. – Kur…a, dwa palce mi złamaliście – przyglądał się napuchniętej dłoni.

Pomysły mieli lepsze i gorsze. Z Monte Carlo, gdzie Piotr Skorobowski odbierał od Grace Kelly puchar za drugie miejsce w mistrzostwach Europy juniorów, wiślak przywiózł nie tylko trofeum, ale i filmy dla dorosłych. Po jego powrocie w szatni rozwieszono prześcieradło i zorganizowano drużynowy seans o nagiej miłości.

Strajk wiślaków

Pomysłowi wiślacy postawili się też działaczom. Po wicemistrzostwie Polski usłyszeli, że pułkownik Bronisław Michaliszyn, kierownik sekcji piłki nożnej, zamierza zwolnić lubianego przez nich Franczaka i zatrudnić Leszka Jezierskiego. Jego treningi kojarzyły im się z katorżniczą pracą. Skrobowski pożyczył od gospodarza obiektu opaski i z nimi na ramieniu piłkarze oznajmili, że nie wyjdą na trening. – Rok 1981, strajki w całym kraju, to i my sobie zastrajkowaliśmy. Michaliszyn ustąpił, „Lucky Luciano” został – wspomina organizator buntu.

Nawałka był jednym z liderów tego zespołu. – Pobudzał nas na boisku, pilnował, żeby nie było rozprężenia. Słychać było jego wrzask za plecami. „Dawaj! Walka, musimy” – pamięta Andrzej Iwan. Skrobowski dodaje, że przy nim nie można się było zatrzymywać. – Trzeba było ciągle biegać, nawet jak ktoś miał dość, to tego nie uznawał. Krzyczał, żeby ruszył dupę.

Ten nadmiar energii docenił Jacek Gmoch i pozwolił Nawałce zadebiutować w reprezentacji. – Był prekursorem pozycji dzisiejszego defensywnego pomocnika. To, do czego można się było przyczepić to brak mocnego uderzenia. Może przez to tak rzadko strzelał zza pola karnego. Brakowało mi też u niego podań na kilkadziesiąt metrów – tłumaczy były selekcjoner.

Audiencja u Fidela

Na mistrzostwach świata w Argentynie (1978) był już podstawowym zawodnikiem reprezentacji. Wystąpił w pięciu z sześciu jej meczów. Marian Renke, szef PKOl., wytypował nową nadzieję polskiej piłki do wyjazdu na XI Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. 21 czerwca Polacy rozegrali ostatni mecz w turnieju z Brazylią, po miesiącu Nawałka ponownie leciał na drugą półkulę. Wraz z innymi miał utrwalać „antyimperialistyczną solidarność, pokój i przyjaźń”, bo takie hasło przyświecało w Hawanie spotkaniu przedstawicieli 1650 organizacji młodzieżowych z ponad stu kilkudziesięciu krajów.

Nawałka trafił do innego świata. Razem z nim Polskę reprezentowali Maryla Rodowicz, Czesław Niemen, członkowie zespołów „2 plus 1” czy „Andrzej i Eliza”. W kraju wszystkich żegnał odpowiedzialny za propagandę sekretarz KC PZPR Jerzy Łukaszewicz: „Naszym mandatariuszom wyjeżdżającym na światowe spotkanie młodzieży i studentów w Hawanie życzę, by dobrze wypełnili swój obowiązek, by przekazali prawdę o naszym kraju, który w trudzie i znoju buduję socjalistyczną Polskę” – usłyszeli przed odlotem. Jako gość honorowy dołączył do nich Mirosław Hermaszewski, który miesiąc wcześniej został pierwszym Polakiem w kosmosie.

Na miejscu Nawałka nie miał nawet czasu pomyśleć o sporcie. Spotkania, wypoczynek, zabawa. Atrakcji nie brakowało. – Wylądowaliśmy w Hawanie, stamtąd był krok nad ocean. Renke zapraszał na podwodne safari, bo lubił polować na grube ryby. Najbardziej zaskoczył mnie jednak Castro, który przyjął nas na prywatnej audiencji. Świetnie pamiętał moje mecze na argentyńskim mundialu – wspominał Nawałka w rozmowie z Dariuszem Łuszczyną z magazynu Futbol.pl.

Nogi iksy i płaskostopie

Wiślacy w tym czasie grali już w lidze. Nawałka nie przygotowywał się z nimi do sezonu, opuścił też cztery pierwsze kolejki w ekstraklasie. Festiwal w Hawanie zakończył się 7 sierpnia, pięć dni później 20-letni pomocnik wyszedł już w podstawowym składzie Wisły w przegranym spotkaniu z Widzewem. Z Lenczykiem ustalili, że zbuduje formę metodą startową, czyli poprzez mecze i ćwiczenia indywidualnie. Nie wytrzymała lewa noga. Zerwał mięsień dwugłowy, pojawiły się kłopoty z kolanem i z biodrem. Plotkowano, że ma to związek z tajemniczą chorobą, jaką przywiózł z egzotycznej wyprawy. Zaczął się sypać.

Jerzy Jasieński (były lekarz Wisły): Adam miał wrodzoną wadę stóp. Płaskostopie idące na zewnątrz, koślawość. Cierpiały na tym stawy skokowe i kolanowe. Ale nogi w końcu się zaadoptowały i nie było z nimi problemów kłopotów. Stał się okazem zdrowia, pod względem wydolnościowym jednym z najlepszych w drużynie. Problemy pojawiły się wraz z powrotem z Hawany, to na pewno. Nie wiem, może było tam za dużo luzu, rozluźnienia.

Gmoch: Adam ma nogi iksy. To zwiększało zagrożenie, że będą mu wysiadać kolana.

Brożyniak: Nie miał swobody, elastyczności ruchu. Kolana uciekały do środka, praca, jaką wykonywał była nienormalna. Źle rozkładał ciężar ciała, co powodowało uszkodzenia stawu biodrowego. Rozwój choroby i i tak został opóźniony przez masaże i zabiegi, jakim się poddawał.

Iwan: Już w Argentynie coś mu łupnęło w biodrze, w jednym meczu nie zagrał. Do tego jeszcze ten wyjazd na Kubę. Wrócił przemęczony. A działacze Wisły prosili: „Adaś, jesteś naszym towarem eksportowym, musisz grać”. Zaczęły mu strzelać mięśnie.

Jasieński: Z góry naciskali, żeby grał. Może obciążenia były niedostosowane? W klubie była słaba odnowa biologiczna, mały basenik i nic więcej. Do tego ograniczona diagnostyka, nie było przecież USG.

Marek Motyka (były piłkarz Wisły): Byliśmy zaskoczeni, bo bez przerwy miał kontuzje, wpadał z jednego urazu w drugi. W jego organizmie działo się coś złego.

Siedem operacji

Grał coraz mniej, opuszczał coraz więcej treningów. Zaczynała się jego zawzięta walka o powrót do zdrowia. Pierwszy raz położył się na stole operacyjnym w Wiedniu u doktora Jelinka. Okazało się, że w nodze są już zmiany zwyrodnieniowe. Potrzebne były kolejne interwencje lekarzy, co pół roku miał operację. Łącznie przeszedł ich siedem. W 1981 roku nie zagrał w żadnym meczu, w sumie nie było go na boisku przez dziewiętnaście miesięcy. Przestawał być piłkarzem.

Skrobowski: Żal było patrzeć, jak cierpi. I to facet, który dawał przykład innym, jak się prowadzić. Przecież to on wymyślił treningi z judokami, żeby zadbać o ogólny rozwój, zaglądał do gimnastyków, ćwiczył z koszykarzami. Dzwonił: – Co robisz? – No nic. – Dobra, to idziemy pobiegać nad Rudawę. I robiliśmy tam pętle po trzy czy pięć kilometrów. Zgubiła go ambicja. Ta waleczność, nieustępliwość, gra wślizgami – to musiało się na nim odbić. W mistrzostwach świata w Argentynie przebiegł dwa razy więcej niż inni. Nie uznawał półśrodków.

Motyka: Nie potrafił odpuścić, nawet na treningu. Kolano mu puchło, ratował siebie u masażystów. Widzieliśmy, że gra na siłę, ze łzami w oczach. Miał po dwie-trzy kontuzje naraz, zaciskał zęby, ale już nie mógł.

Skrobowski: Piękna wizja kariery umierała na naszych oczach. Po kolejnej kontuzji przyszło załamanie, zaczął się poddawać. Jechaliśmy na mecz, a on szedł do siłowni. Wracaliśmy nazajutrz szczęśliwi po zwycięstwie, a on znów w tej siłowni. Owszem, cieszył się z nami, ale ta radość była bardziej grzecznościowa, bo w tym nie uczestniczył. Traciliśmy z nim kontakt, później to już głównie jeździł do lekarzy albo się rehabilitował.

Nawałka do dziś lekko utyka. Nie lubi gdybać, ile osiągnąłby, gdyby nie urazy. Jako 27-latek podjął trudną dla siebie decyzję i zakończył profesjonalną karierę w Wiśle. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie został grającym trenerem półamatorskiej drużyny z Nowego Jorku. Kontuzje nie pozwoliły mu się spełnić jako piłkarzowi. Wkraczał na nową drogę, choć bez szczególnych perspektyw.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.