KARSKI I LENIWA LUDZKOŚĆ

Pewien termin temu widziałam na Facebooku (zaprawdę, ów piekielny wynalazek bywa inspirujący) dyskusję, której uczestnicy rozważali, w którym kierunku należy się niezwłocznie oddalić, jeżeli przyjdą Rosjanie i nocą kolbami w drzwi załomocą. Była tam mowa o odległych wyspach, przeczekaniu na wsi oraz dzielonej przez większość niechęci do przelewania krwi za ojczyznę. Zaś stanowię dziwnie pewna, jednak to dokładnie nieuprawniony, niesprawiedliwy także nie poparty badaniami OBOP-u sąd, iż ci sami ludzie dopiero co dawali na naszych wyglądach powstańcze żonkile, a obecnie (o ile skończą na chwilę zakładanie kompostowników w ziemiankach), będą lajkować, szerować, oraz masowo dołączać do wydarzenia „Pokaz filmu >>Jan Karski oraz władcy ludzkości<<”. Będą o Janie Karskim mówić „nasz bohater”, będą utożsamiać się spośród jego pewną postawą etyczną, czytać w nocy łzy, gdy mówi o tym, co sprawdził w warszawskim getcie, zaciskać z pasje pięści słuchając o cynizmie tytułowych „władców ludzkości”, którzy zignorowali wstrząsający raport emisariusza Naszego Państwa Podziemnego dotyczący sytuacji Żydów w okupowanej Polsce.

Dokument Sławomira Grunberga (którego tytuł uporczywie przywołuje w mojej głowie serial „He-Man i Władcy Wszechświata”) traktuje historię, jak dobrą lekcję czystego bohaterstwa. Że nie mamy Batmana, ani Bonda (ani He-Mana), jednak pamiętamy Karskiego, jaki jest wszelkie przymioty filmowego herosa zaś toż w tym poważnym, romantycznym polskim wydaniu, w jakim nawet niepowodzenie przejawia się triumfem – moralnej racji. Gdyby było piękne: do Jana Karskiego żywię najwyższy szacunek, zastanawia mnie tylko, że ilością jego roli okazuje się fakt, że jego biografia buduje się (wykonywa się ułożyć) w perfekcyjny scenariusz filmu sensacyjnego. W rozpoznawalny narracyjny schemat. Jak przedstawił to Kurt Vonnegut w dokumencie do córki mówiącym rzecz jasna o całkiem innych sprawach: „Wyświadczyłabyś mi ogromną przysługę, pamiętając o mnie jak kobiecie dryfującej w sezonie tak, jak Ty, oraz nie jako o osoby zamkniętej w machinie fikcyjnej fabuły pełnej z złoczyńców, kusicielek a właśnie dobrze. Najgorsze jest obecne, jak łatwo obrócić życie wszystkiego człowieka w przeszłość, którą słyszeliśmy już wcześniej”.

Powielamy więc bezrefleksyjnie klisze, mając przy tym, iż opowiadamy wciąż nowe historie. Nosząc w klasę fabularnej fikcji (wykonują temu więcej animowane wstawki), czyny Karskiego, konwencja daje nam bezpieczny dystans, rozbraja potworną rzeczywistość oraz pozwala widzom iluzoryczne poczucie uczestnictwa, opowiedzenia się po odpowiedniej stronie.

„Współczesne liberalnie-jednomyślne dokumenty umożliwiają nam poczucie dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku, podczas gdy jesteśmy zaledwie świadkami problemów” – twierdzi Jill Godmilow, nowojorska, undergroundowa reżyserka, której „Far From Poland” możecie badać w warszawskim MSN, zaś w kolejnym tygodniu również w gdańskim Europejskim Centrum Solidarności. – „Wydaje nam się, że „się przejmujemy”. […] Horror się kończy, i my możemy przechodzić do domu, oświeceni, uwzniośleni, odświeżeni…rozgrzeszeni”. A możemy powrócić do pakowania na dalekie wyspy, nie widząc żadnego związku pomiędzy decyzjami Karskiego, a swymi rodzimymi.

Gdy po rozpoczęciu stanu wojennego odmówiono jej obsłudze wiz, Jill Godmilow zadecydowała, iż nakręci swój tekst o Solidarności nie przejmując się z Nowego Jorku. Pracowała nad nim trzy lata, ukończony w 1984 film nigdy dotąd nie był oddawany w Polsce, a kilka festiwali odrzuciło go ze względu na ciekawą, hybrydową formę, która trudno było zawrzeć jednym słowem „dokument”. Właśnie to tylko arcyciekawe zabiegi formalne gwarantują tu krytyczny dystans, przynoszą autorefleksję, nie mogąc przywołać bezpośrednich obserwacji – przywołują atmosferę. Godmilow rekonstruuje wywiad Hanny Krall z Anną Walentynowicz, czy Barbary Łopieńskiej z anonimowym cenzorem, obsadzając w ich działalnościach aktorów. Cieszy się konwencją sit-comu (rozmowie dziennikarki z cenzorem towarzyszą salwy śmiechu) i opery mydlanej – w scenach domowych kłótni z przyjaciołom, jaki zamierza dość polityki we domowym łóżku. Przyjaciółka z Nasz głosem Elżbiety Czyżewskiej przekonuje reżyserkę, że lepiej wysłać do Nasz paczki z jedzeniem, zamiast robić film, a pojawiający się w śnie Fidel Castro martwi się, iż Solidarność może zachwiać komunistycznym porządkiem. „Far from Poland” to jedyne ważne dbanie o uczestnictwo, testowanie własnego zainteresowania i przyglądanie się jego paradoksom („lewicowy” Castro jest przeciw Solidarności, podczas gdy niespodziewanie Godmilow odnajduje sojusznika w znienawidzonym przez lewicę Ronaldzie Reaganie). Godmilow wyłapuje jeszcze z dużej sprawy dostrzegalne wyłącznie dla osób znaczące detale, jak ten ślad emancypacji, gdy Irena Grudzińska-Gross zdecydowanie sprzeciwia się w dyskusji poglądom męża.

„Far from Poland” nie zapisuje się w umowę opowieści o rewolucji oraz działaniu, wyrasta z rezerw do całkowitych narracyjnych gotowców. Owszem, popełnia Godmilow grzech politycznej naiwności, ale łatwo nam to świadczyć dziś, trzydzieści lat z nowych wydarzeń.

Rozgrzeszenia czyli nie będzie, ani przyjemnego poczucia, iż oto „wzięliśmy udział”. Zamiast ściskających gardło wzruszeń, pozostaną z nami niewygodne proszenia o nieruchomość oraz egoizm. No oraz wstyd, iż ta uparta Amerykanka o moc lepiej odrobiła lekcję Karskiego, niż my. W jakimś razie na pewno dużo niż ja.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.