KOBIETY SAMOTNE Z „SILS MARIA”

Jakiś czas temu byłam na koncercie „Koncert życzeń”. To monodram Danuty Stenki, ale dość specyficznego rodzaju, bo aktorka nie występuje w nim ani słowa. Gra kobietę, która wraca wieczorem do pustego mieszkania: zakłada dres, robi kanapki z serem i pomidorem, pierze w umywalce rajstopy, parzy herbatę, wyciąga bułkę oraz kładzie ją, by wyciągnąć chleb chrupki; słucha tytułowej radiowej audycji, gdzie prowadzący czyta listy z słuchaczy o ich miłościach. Każda kobieta przy nas oddawała się zduszonym płaczem obserwując wszą tę dobrą – najwyraźniej wyćwiczoną poprzez lata – obsługę życiowej pustki.

Chociaż wtedy istniałoby przejmujące, głównie za sprawą Danuty Stenki, która może obierać pomidora z taka rozpaczą, jakby zamiast ze skórki, odzierała go oczywiście ze złudzeń. A a z wszą kolejną sceną demonstrującą bezcelowość jałowej egzystencji, byłam coraz dużo wkurzona. Miałam poczucie, jakby ktoś zmuszał mnie do podjęcia za pewnik równania: kobieta+dojrzałość=samotność=katastrofa. Momentem w wydaniu tragicznym (jak powyżej), czasem w groteskowym (choćby „Gloria”), zawsze jednak nieuchronnym. Ale dobrze dlaczego? Czemu teatr i kino z taką pasją wmawiają kobietom, iż ich występowanie dobiega końca po czterdziestce? Naprawdę wszystkie jesteśmy Giną Rowlands z „Opening Night”? Wszystkie siedzimy na Bulwarze Zachodzącego Słońca? Bohaterkami Julianne Moore, którym łzy rozmazują zbyt duży (ponieważ ukrywający wiek) makijaż? Czemu zbitka „kobieta samotna” przywołuje na zasada jakąś żałosną, groteskową, lub w najodpowiedniejszym wypadku – tragiczną – istotę, podczas gdy „samotny klient” jest osoba Colina Firtha, świetnie dobrane garnitury, oraz przede wszystkim – godność? Samotny typ to bowiem samotny jeździec, samotny myśliwy, samotny kowboj, samotny wilk, samotny żeglarz: samotny bohater. Samotna kobieta zaś, więc co znacznie samotna matka, w czym (z możliwości popkultury) nie ma nic heroicznego. Spotykam w obecnym każdą zemstę zdychającego patriarchatu: nie założyłaś rodziny? Bęcki! Nie przechodzisz dzieci? Bęcki! Rozwiodłaś się? Bęcki! Zrobiłaś karierę? Bęcki! Będziesz kobieta, indywidualna oraz żałosna.

Trochę, jak Maria Enders z „Sils Maria” Oliviera Assayasa, filmu, jaki w podobnym stopniu poruszył mnie, co wkurzył. Bardzo podoba mi się grająca istotną rolę Juliette Binoche, kreśląca portret swojej bohaterki, gwiazdy kina, w szkoła, który daje jej wymykać się od czasu do momentu z szuflady z tytułem „starzejąca się aktorka, przerażona przemijaniem”. Z nowej jednak strony „Sils Maria” jest wzorem tegoż o czym szybko oraz dobrze pisał Houellebecq: napuszczania młodych na tradycyjnych, wytwarzania sytuacji pokoleniowego konfliktu, który w wypadku osób ma wymiar wręcz histeryczny. Oto gra w kisielu między młodością i starością, bezczelną sylwetką oraz byłym pięknem, wolnością i uwiązaniem, ambicjami oraz wyjątkową karierą. U Assayasa napięcie pomiędzy wielką aktorką (Binoche) także jej młodziutką asystentką (Kirsten Stewart) posiada też charakter pojedynku między produkcją oraz grą, Europą i Ameryką, kinem autorskim i Hollywoodem. Do tych dwóch osób dołączy wkrótce trzecia: gwiazdka hollywoodzkich blockbusterów, Jo-Ann Ellis, skandalistka, obiekt polowań paparazzi, ktoś pomiędzy Lidsay Lohan, a Amy Winehouse; popkulturowy enfant terrible. Bohaterka Binoche poprawia się w nich, jak w lustrach; tak, jak poprawia się w Sigrid, dziewczynie, którą wykonywała przed dwoma dekadami, jako debiutantka. Dziś zachodzi w niniejszej samej sztuce, ale jak Helena, czterdziestolatka wywołana przez Sigrid do samobójstwa. Film kręci się to z działaniem, obcowanie ze pracą, każdy gra osobę na widowni a postawa nią – dodatkowo nie jest więc akurat najoryginalniejszy koncept świata. Niestety istnieje nim jeszcze wątek – związanej z wiekiem – kobiecej rywalizacji, oplatający każdą scenę, niczym trująca roślina.

Ciekawe, że filmy o kobietach, jakie po czterdziestce dokonują się na śmierć, kręcą właściwie sami mężczyźni, by wspomnieć choćby Bergmana, którego duch („Persona”!) stawia się nad „Sils Maria”, niczym zwiastujące złą pogodę wężowe obłoki Majola. Na nasz system jest zatem film Assayasa opowieścią o reżyserach, którzy mówiąc gest Pigmaliona, „wykonują” w własnych dziełach „kobietę”. W „Sils Maria” obejmujemy ich dwóch – starego Melchiora, w którego sztuce debiutowała Enders i młodego Diesterwega, który posługując się tym jedynym tekstem, chce zbudować nową gwiazdę – Jo-Ann Ellis.

I potrafi tym się ostatecznie broni „Sils Maria”; jeśli zauważyć w niej ważny autoportret reżysera, wykonującego swoją funkcję na ciałach kobiet. Na podsycaniu międzypokoleniowych animozji i środków połączonych z przemijaniem. Na pisaniu i wykorzystywaniu ich wizerunku; na kolejnym odbieraniu im kobiecych trwałości oraz zastępowaniu ich atrybutami, jakie ulegają szybkiemu przeterminowaniu. A zatem nie bóg stworzył kobietę, ale kobiety mają wciąż bogów. Oraz Assayas jest jednym z nich.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.