MAJÓWKA DLA UMYSŁU

Zanim plan majówkowego wyjazdu ostatecznie przeminął z kaszlem, spędziłam pół dnia na jeździe po węgiersko-słoweńskim pograniczu, z upływem czasu zakładając się coraz śmielej natomiast toż pod Triest, a zatem w przestrzenie Zadaru, zaś toż w słoweńskie Alpy. Zajrzawszy do wielu smutnych, ponurych, tandetnych, niemiłosiernie zagraconych (lub tylko, opustoszałych, jak po ewakuacji) wnętrz; przekonawszy się, że serwety, firany oraz ceraty bawią się w świecie niegasnącą popularnością; obejrzawszy niezliczoną ilość brzydkich wsi oraz nieciekawych miasteczek malowniczo położonych przy ulicach, upewniłam się, iż moje warszawskie miejsce jest najczystsze, najlepiej wyposażone oraz najpopularniejsze. A dodatkowo strona te niczego sobie. Po co właściwie się stąd ruszać – myślałam obserwując pustoszejące miasto i auta zasysane przez odpływowe rury wylotówek. Wokół gromadzi się tak, jakby ktoś wreszcie ściszył radio.

Pokasłując, potrzebując nie chcąc, wzorem Xaviera de Maistre’a, odbywam więc „Podróż wokół własnego pokoju”. W 1794 roku de Maistre spędził sześć tygodni w areszcie domowym, i efektem nudy broniła się jego wielka książeczka, w jakiej zamiast standardów oraz miłości, opisywał w punktach wyposażenie mieszkania czy sposób, w który się po pokoju poruszał. Toż istniał literacki żart, ale przecież można pozwolić, że też niezła metafora. Ale nic nowego nie wykonujemy przez wszystkie życie, tylko łazimy w niniejsze oraz we w niniejsze po ciasnym pokoju własnej głowy, w jakiej występujemy, jak w codziennym areszcie. Oraz pewnie mało kto czuje się tam, jak w apartamentowcu; jeśli idzie o charakter zamieszkujemy raczej kawalerki, niskie pokoje z wnękami kuchennymi oraz oknem na podwórze-studnię. Z uporem de Maistre’a ewidencjonujemy w nich znane wyglądy emocjonalne, bez końca wykorzystujemy w naukach przeszłe sytuacje, myślimy sobie przyszłe i interesując się utartym szlakiem myślowych nawyków, pokrywamy się o granice naszych otoczeń. Rozwiązań z naszej głowy – czyż nie to stanowiła najlepsza z wypraw?

Jej namiastką jest „Droga na Zachód” Tsai Ming-lianga, o jakiej wspominałam teraz na blogu po berlińskiej premierze ponad rok temu. Dziś patrzę na film z umiaru i chociaż w temperaturze, więc nie stanowi wtedy najkrótsza z jej zmian, czyli gorączka festiwalowa z jej waporami ekscytacji. Niestety będę więc nikogo przekonywać, że esej Tsaia to ważna medytacja, ponieważ o medytacjach nie jestem poważnego pojęcia. Dla mnie to właśnie przede każdym film o tym skomplikowanym zadaniu, którym jest obojętność umysłu wobec podróży ciała. Włożony w mnisie szaty bohater „Drogi na Zachód” najpierw powolutku, krok za krokiem przemieszcza się po wnętrzu mrocznej piwnicy, ku górze, by wyszedłszy z podziemia na świat oraz na odległość, nie stracić uwagi, ciszy i dużego skupienia. Nie przeszkadzają go ani ciekawscy zezwalający na jego obraz na schodach metra, ani uliczno-kawiarniany szum Marsylii (gdzie powstał film), ani trend na nabrzeżu. Z wszystkim jego krokiem, który przebywa oraz trwa (zgięcie kolana i zwiększenie stopy, delikatne przesunięcie jej do przodu, nieznaczny ruch biodra, długi powrót stopy na ziemię), kamera odsuwa się od mnicha, rozszerza perspektywę, zagarnia coraz popularniejszy kawałek rzeczywistości, a my już znamy, że toż „dużo” to żadne tam „więcej”; iż to jedynie iluzja działania, ledwie odbicie prawdziwej rzeczywistości, jakie szybko pryśnie, jak bańka mydlana. Cała sztuka tej wędrówki zaś jej rozum, więc nie poddać się złudzeniu, że wokół coś się dzieje; zachować umysł w stopniu uważności, nie oddać się rozproszyć, utrzymać rytm – mając wokół siebie wszystek ten rozgardiasz zwany życiem.

Umysł niech będzie to Wschodem na Zachodzie, gdzie rządzą ciało, emocje natomiast ich zachcianki. Skłonność do jazdy robi się chodzić do grupy marzeń i związków pozornych, gnamy w odległe kraje, albo przynajmniej na majówkę za miasto, by coś przeżyć, zobaczyć, aby się „zresetować”, by czegoś sprawdzić i idziemy, jak Matołek biedaczysko, „po szerokim szukać świecie, czegoś, co stanowi daleko blisko”. Bywają jednak wyjątkowe włóczęgi oraz ważni włóczędzy, którzy przywiązują wagę do wszystkiego etapie oraz zamiast rozglądać się na brzegi, tudzież przepychać w fazach po bilety do turystycznych atrakcji, zastanawiają się, jak Pascal: „Kto mnie tu postawił?”. Wciąż są to jazdy po nic. Często zahaczające o miejsca, po których nie oczekujemy duchowych iluminacji. Taki na dowód pisarz W.G. Sebald przeżył szczególną chwilę w McDonaldzie w Hadze: „Na ostatnie, aby wejść również do jednego lokalu, nie mogłem się zdecydować – napisał w „Pierścieniach Saturna”. – Zamiast tegoż w McDonaldzie, gdzie przy jaskrawo oświetlonej ladzie sam sobie powtarzał się od dawna szukanym we pełnych krajach przestępcą, kupiłem torebkę frytek oraz spożywałeś je stopniowo w relacji powrotnej do hotelu”.

Nicolas Bouvier z zmiany mówił, iż droga jest nauką znikania także pewnego dnia, na Cejlonie, przyglądając się w lustrze świeżo ogolonemu obliczu zanotował: „Im nas mniej, tym dobra. Ile lat coraz, żeby uporać się spośród tym „ja”, które zawadza wszystkiemu?”.

To aktualnie w jego „Rybie-skorpionie” pojawia się sama z najpopularniejszych definicji podróży: „Istotna jest po to, aby nas oskubać, wyżąć, wymaglować, aż będziemy jako stary sprany ręcznik, który z kawałkiem mydła dostarczają nam w burdelach. Uciekamy jak bardzo od wszelkich alibi i chcących nad nami przekleństw, i oglądając na każdy nędzny tobół, tworzony przez zatłoczone poczekalnie i małe perony dworców porażających upałem i nędzą, widzimy swoją trumnę”.

A przecież całe te niesamowite słowa powstały przy biurkach, często już po powrocie do domu, w rezultacie mozolnych dróg nie przez egzotyczne kraje, lecz terytorium języka. Jakby dla najwytrawniejszych włóczęgów drogę była jedynie poszukiwaniem mieszkania, z którego najlepiej widać własny pokój.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.