PODĄŻAJ ZA BIAŁYM KRÓLIKIEM, CZYLI „SĄSIADY” KRÓLIKIEWICZA

Wyobrażam sobie o tym, jak wielkim nieporozumieniem jest kino 3D. Iż ta „głębia” , ten możliwy wymiar, w ogóle nie jest wymiarem, o który powinno chodzić. 3D ani zupełnie nie poszerza, ani nie pogłębia, lecz czyni ekranowy świat bardziej oryginalnym, dosłownym, czyli – o ironio – też dużo płaskim.

A samym z najbardziej wielowymiarowych filmów, jakie widziałam w poprzednich latach nie jest wcale „Avatar”, „Jaskinia zapomnianych snów”, „Grawitacja”, czy to dzieło Wendersa w 3D: „Every Thing Will Be Fine” (sorry, Wim, nie istnieje i nie będzie). To wszystko stare, zjechane sztuczki, tyle, iż założone w atrakcyjne ciuszki „nowoczesnej metody”. Wrażenie prawdziwej głębi dostarczyły mi za to swoje, polskie, wykonane w dobrym, starym 2D, „Sąsiady” 76-letniego Grzegorza Królikiewicza.

Uchwycić w poszczególnej scenie, w poszczególnym obrazie, momentem w pewnym geście rzeczywistość w wszystkiej jej złożoności, ze każdymi zdarzeniami, tymi byłymi i innymi – mam poczucie, iż wtedy taka królikiewiczowska obsesja, która znalazła spełnienie przynajmniej w „Na wylot”. W niniejszym co jest wymienia się to, co będzie: widziane przez kraty windy korytarze urzędu przepowiadają więzienie, zabity ptak – mord na ludziach, sznur, którym na dzwonnicy szarpie Malisz przynosi widmo jego naturalnej śmierci na szubienicy. Przypomina też, że ten wypadek bije dzisiaj jemu.

Spotkaniem wielu aspektów jest „Przypadek Pekosińskiego”, gdzie tekst i fabuła stworzyły sam z najładniejszych w polskim kinie sojuszy, w ramach którego rozgrywa się wstrząsające egzorcyzmowanie wywołanej, niczym duch – i jak duch obecnej – przeszłości. Pekosiński przed celą jest jednocześnie sobą kobietom i sobą dzieckiem, „było” zaś „stanowi” jest tu na ostatnich tychże prawach. Owo „Tu również dzisiaj” (w tytule taniego w PRL-u magazynu) pojawia się ironicznie dodatkowo w „Zabiciu ciotki”. Ponieważ co wtedy stanowi „tu”? Ponieważ co to stanowi „teraz”? Przecież poza materialnym świat planuje również pozostałe wymiary – duchowy, psychiczny, metafizyczny, senny, kosmiczny? „Zabicie ciotki”, jakie obejrzane po latach wydało mi się dalekim kuzynem jarmuschowskich „Nieustających wakacji” (powstały cztery lata wcześniej) płynnie przechodzi pomiędzy warstwami tegoż zaś nie-tego świata, odkształcając rzeczywistość w sztuk o morderstwie. Fantazji, która zdaniem reżysera nie jest spokojna etycznie a zajmuje niebezpieczną moc prawdziwego zdarzenia. Choć zabicie ciotki to system wykonany dopiero w myśli, w poprzedniej scenie pojawia się jako daleko oryginalny młotek, doprowadzający do zapoznania umiejętności w krok.

„Sąsiady” to na indywidualny styl podsumowanie poszukiwań Królikiewicza, pełne skądinąd elementów i tropów nawiązujących do jego wcześniejszych dokonań: jesteśmy wtedy oraz piramidę, jak z „Zabicia ciotki”, lodówki, jak z „Stałych pretensji”, śnieżący telewizor, czyli słynny królikiewiczowski „biały szum” (ślad Wielkiego Wybuchu, naszych prapoczątków), jak z „Zabicia…”. Tylko to dopiero poziom materialny, a poprzednie filmy pojawiają się tu również pod postacią duchów – czy, jak kto woli: ducha.

Wiem, że zawiera to wszystko mocno ezoterycznie, jak lekcja czarów w Hoghwarcie, ale wierzcie mi („Błogosławieni ci, jacy nie widzieli, a uwierzyli”! ), że Królikiewicz równie mocno, co w rzeczywistości metafizycznej, żyje w tej kiedy daleko oczywistej. „Sąsiady” są balladą o działaniu łódzkich „famuł”, czyli XIX-wiecznych robotniczych kamienic zamieszkałych dziś przez spauperyzowaną inteligencję, emerytów, bezrobotnych, współczesny proletariat. To naprawdę zwani „wykluczeni”, pionki w politycznych, ideologicznych oraz medialnych grach, ludzie, którzy zlali się w pewien symbol „naszego nieszczęścia”. Reżyser rozbija ów monolit na dane losy, przedstawione w sytuacji krótkich podwórkowych ballad.

Królikiewicz, jaki nie cieszy się w geodetę kina zaś nie wytycza granic między fabuła, oraz dokumentem; nie oznacza ich więcej między aktorem, a „człowiekiem”, doskonale rozumiejąc, że zawiera się osobowość przed kamerą. Ponieważ w „Sąsiadach” sięga i po profesjonalistów, i po „naturszczyków” a po Marka Dyjaka, który swoją porządnie obitą biografią inwestuje na ekran to, na czym jakiemuś reżyserowi zależy: prawdę.

Trochę mi to wszystko przypomina mistrzowskie origami: Królikiewicz bierze rzeczywistość, jak płaską kartkę, po czym łączy ją, zagina oraz dodaje nowy model – i inny wymiar. „Sąsiady” portretują więc los ludzi gładkich oraz tanich, tkwiących w porządku zawinionych dodatkowo nie, upokorzeń. Reżyser ma tą prawda, niczym stronę wyrwaną z „Piękne Expressu” i zmienia publicystyczno-społeczno-tabloidowe gadanie o wykluczonych w obcego ptaka. Jego „famuły” są jak labirynt bez wyjścia, ograniczony czerwoną cegłą murów, wycinających pomiędzy sobą łyse podwórka. Ariadną, która nas tędy wykonywa jest kamera Krzysztofa Ptaka, sunąca nie tylko pomiędzy jaskiniami mieszkań, tylko i snami, marzeniami, lękami, przeszłością i czasem teraźniejszym, pozycją i charakterem, rozlicznymi odniesieniami, które można tropić tu bez końca. Istnieje w ostatnim świecie miejsce przecinającego podwórze psa-diabła, na ducha samobójcy, na PRL-owskie kolejki po ochłapy, UB-eka i „Trybunę Ludu”, oraz Boże Narodzenie i Wielkanoc układają się w „Sąsaidach” na siebie w dawnym cyklu świątecznych powtórzeń. Tak, jak karp i królik, żywe istoty, których mienie symbolizuje naszą odwieczną bezmyślność. Królik bywa zresztą znakiem ludzkiej duszy i bardzo praktyczne, że w takiej pracy rośnie i tu – gdy poniżany staruszek wymienia się w kicające białe zwierzątko oraz umiera w konkretnej szczelinie pomiędzy kamienicami, przez jaką nie przeciśnie się jego oprawca (Królikiewiczowi bliska jest eschatologia chrześcijańska, wizja poniżonych, jacy będą wywyższeni). Ta szczelina, która krępuje się oraz wyciąga ze skrzypem starych drzwi, nadaje całości ten szczególny metafizyczny wymiar, którego naprawdę nie widziałam w żadnym filmie 3D. Tak, jak w żadnym nie widziałam podobnej głębi, owych warstw, niewidocznych na ważny etap oka, a jednak robiących się na jawę, w której odciśnięta jest przeszłość, historia, dyskretne ślady innych egzystencji, przyszłych lat – bliskich i cudzych. Czasem myślę, że to całość jest pisane w jakimś gigantycznym archiwum kosmosu, dziś w istot obrazów, klisz do stworzenia. I to, co pisze Królikiewicz jest grzebaniem w niezapomnianej pamięci świata, przypominaniem, że wszyscy jesteśmy do niej podłączeni. I że czasem możliwy jest choćby wgląd w jej czeluści – bo szczeliny pełne światła są choćby w najpodlejszych mieszkaniach zaś w najprostszych duszach.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.