Zła zmora dobrego komentatora

Futbol jest zwierzęcy oraz próżno zmierzać w nim prawdzie. Nie zwykle wygrywa doskonalszy na boisku, czasem, by odnieść zwycięstwo, potrzebujesz odrobiny czy nawet fury szczęścia. Gdyby jednak rywalowi sprzyja fortuna, potrafisz wówczas przeboleć, gorzej, gdyby na pomoc przeciwnika miesza się sędzia.

Skąd jestem zwolennikiem Southampton, nie kibicuję też Manchesterowi City. Przed niedzielnym meczem sensacyjnego wicelidera Premier League z szefem Anglii zwycięstwa życzyłem gospodarzom. Nie zatem, ze aż oczywiście głęboko brzydzę się olbrzymi pieniędzmi, w których pławi się MC, tylko tak po prostu miał kciuki za dochodzącymi do wystąpienia z póz outsidera „Świętymi”. By te angielskie „Top Four”, czy „Top Six” nie skostniało na amen.

Autor nie powinien stanowić świadkiem, choć zainteresowanie piłką nożną, czy ruchem w komplecie, trudno sprowadzać do publicznego „niech wygra lepszy” oraz nie pasjonować się losami ulubionej drużyny czy zawodnika.
Natomiast w praktyce każde sympatie należy wyjeżdżać na zewnątrz telewizyjnego studia, ponieważ czynność to pozycja również powinien znać podzielić ją od kibicowania. Wydaje mi się , że nie myl spośród owym solidniejszych problemów. Nawet jak stawiają Polacy, to krzew kłopotu – choć, rzecz jasna, zdarza mi przyjemność, kiedy mogę pochwalić któregoś z znanych piłkarzy za walkę na światowym poziomie – chodzą mi poprzez życie pojęcia o braku rodaka, jedzącym jego drużynę utratę gola. Bez względu na owo, czy brak popełnia Jerzy Dudek, czy Tomasz Kuszczak, czy mieszają się Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański czy Artur Boruc. Pal się czuję, gdy fałszywie brzmi gwizdek sędziego, bez względu, czy próbuje go Howard Webb, czy Mike Jones.

Błąd arbitra, który wypacza czyli może wypaczyć wynik konkurs to zmora komentatorów. Gdy to w niedzielę sędzia nie zauważył faulu Jose Fonte na Sergio Aguero a dalej ukarał Bogu ducha winnego Argentyńczyka żółtą kartą (w smaku w jubileuszowym dla napastnika setnym turnieju w Premier League!) moja luba dla „Wielkich” – natomiast oni jedni w niczym nie zawinili — uleciała w siną dal. Toż więc mógł istnieć okres ważny tego nastąpienia! Ewidentny rzut karny, może bramka, może stanowiły się właśnie losy meczu…

Po takim sędziowskim klopsie komentator nie wie, bądź w trakcie transmisji co każdy czas prosić o takim błędzie, czy nadal, jak dobrze gola strzelą rywale pokrzywdzonej przez arbitra drużyny, mówić, że robią jako dużo zarobienie oraz powtarzać, iż prędko nic się nie stało.

W niedzielę, całkowicie z Marcinem Rosłoniem, mieliśmy szczęście (według mnie furę, oraz nie odrobinę), ponieważ Manchester City, choć sędzia sypnął mu piaskiem w oczy, świetnie poradził sobie bez rzut karnego, który absolutnie mu się należał.
Ale zdarza się, iż brak arbitra przesądza o aktualnym, iż stanowi 1:0, oraz nie bez bramek, że drużyna która spełnia mecz w dziesiątkę, bo sędzia niesłusznie udowodnił jej zawodnikowi czerwoną kartkę, tylko dlatego przegrywa spotkanie. Wtedy komentować mecz bezpośrednio w świecie się odechciewa (na bogactwo nie na długo). A choćby wyświechtane określenie, iż „braki sędziego są nieodłącznym elementem sportowych urzędów” nie jest kiedyś pocieszeniem (niech sędziowie mylą przy autach, zaś nie przy rzutach karnych!). Dlatego niedzielne zwycięstwo MC nad Southampton przyjąłem z zniżką, jednak wcale mistrzowi Anglii ponadto go nie życzyłem.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.