Jak wybił swojemu piłkarzowi zęba

ciekawostki

Siedem lat po mundialu w Argentynie, gdzie uznano go za jednego z najbardziej obiecujących piłkarzy na świecie, Adam Nawałka niemal w zapomnieniu zaczynał nowe życie, przycinając drzewa gdzieś pod Nowym Jorkiem.

Praca była niebezpieczna, ale dobrze płatna. Zarabiali dwa razy więcej niż ci na dole. Pięć razy w tygodniu zabierało ich auto z wysięgnikiem, dwóch wchodziło do kosza i wznosiło się kilkanaście metrów. Obcinali gałęzie przy liniach energetycznych. – Duże pensje, ale i duże ryzyko. Kilka osób zginęło, choć akurat nikt z Polaków. Nie narzekaliśmy, bo wiedzieliśmy po co tam jesteśmy. Przyjechaliśmy zarobić – przybliża emigracyjne realia Janusz Surowiec, który pomógł Nawałce znaleźć pracę w USA.

Nawałka miał niewiele oszczędności, stąd decyzja o wyjeździe. W kraju perspektywy były liche, więc życie na obczyźnie i pracę poza piłką wybierało coraz więcej zawodników. Część z nich kierowała kroki do USA, choć wpierw musiało stamtąd przyjść zaproszenie. Nawałka znał się z Surowcem, razem grali w Wiśle.

Jego trzy lata starszy kolega wyjechał do USA w 1984 roku. Poznał tam Ryszarda Adamiaka, prezesa polonijnego klubu Eagle Yonkers. Wkrótce dołączył do niego Adam Musiał i nieopodal Manhattanu zaczęła powstawać kolonia byłych graczy krakowskich klubów. – Adam coraz rzadziej wychodził na boisko, a Adamiak szukał ludzi do grania. Ufał mi i to pomogło, bo on bez polecenia nikogo nie przyjmował. Musiał naciskał na sprowadzenie Nawałki, bo wiedział, że przez kłopoty ze zdrowiem nie jest w stanie grać w Wiśle. I tak zrobiliśmy, oprócz Adama przyjechali inni piłkarze, jak Heniek Szymanowski czy Wacek Szczerba. Nawałka zaczął mieć jednak coraz większe problemy z biodrem, więc szef mu zaproponował nową rolę. Miał być naszym trenerem. Za wiele okazji do wykazania się jednak nie dostał, relacje były koleżeńskie. Zbieraliśmy się po pracy dwa-trzy razy w tygodniu i głównie graliśmy, żeby podtrzymać kondycję. W soboty wychodziliśmy na mecz – wspomina Surowiec.

Piłkarska przeszłość im pomogła. – Inaczej nas traktowali. Pracowaliśmy legalnie, dostaliśmy ubezpieczenie dla siebie i rodzin. Może i dużo ryzykowaliśmy w pracy, ale jednak nie była tak męcząca, jak u niektórych rodaków. Oni musieli uwijać się przy azbeście – porównuje Surowiec.

Nawałka ściągnął żonę do USA. Mieszkali tam pięć lat. – Ten trudny etap w życiu nauczył mnie szacunku do pracy. Posmakowałem, co znaczy obowiązkowość, konsekwencja – powie w programie „Kontratak”, kiedy zostanie selekcjonerem.

Zabawowa mieszanka

Po powrocie do kraju w 1990 roku Nawałka zajął się biznesem. Z piłką miał niewiele wspólnego. Pomagał żonie w prowadzeniu sklepu z odzieżą (głównie dżinsami) w centrum Krakowa, nieraz samemu sprzedawał spodnie. Handlował też trabantami z silnikami volkswagena polo. Mieszkańcy Rudawa przypominają sobie, że dom Nawałki można było z daleka poznać po stojących wokół autach z NRD. – Ludzie przychodzili i mówili, że pamiętają moją boiskową solidność, więc są pewni, że samochód nie będzie defektował. Piłka zawsze była jednak numerem jeden i prędzej czy później musiałem do niej wrócić – tłumaczył Pawłowi Fleszarowi w „Magazynie Sportowym”.

W 1995 roku zapisał się do tworzonej przez Ryszarda Kuleszę Szkoły Trenerów PZPN. Rok później działacze Świtu Krzeszowice poprosili o sąsiedzką pomoc. Nawałka mieszkał w Rudawie, siedem kilometrów od Krzeszowic. Ich zespół źle wystartował w trzeciej lidze i okopał się na ostatnim miejscu. Obie strony niewiele miały do stracenia – pierwsi musieli coś zmienić, Nawałka raczkował jako trener.

Prezes Świtu Alfred Lipniak pamięta pierwsze spotkanie. – Niewiele mogłem mu zaproponować, ale Adam to rozumiał. Jego jedynym warunkiem była gwarancja, że będzie mógł odejść, jeśli dostanie propozycję z Cypru. Pewnie istniała jakaś szansa, że tam go zatrudnią, choć o to już nie pytałem.

I nie na Cyprze, a w 10-tysięcznych Krzeszowicach zaczął pierwszą pracę jako trener. Miał 38 lat. – Zdziwiliśmy się, że przychodzi gość z takim nazwiskiem. Słyszeliśmy o nim jako o piłkarzu Wisły, ale jako trener pozostawał nieznany. Nie było go parę lat w kraju i nagle odnalazł się w Krzeszowicach. Zastanawialiśmy się, jak to będzie – opowiada Krzysztof Strzeboński, były piłkarz Świtu.

Już pierwsze wejście Nawałki do szatni pokazało, że zderzą się dwa światy. Amatorów traktował jak zawodowców. – Kiedy przedstawił regulamin, pytaliśmy się nawzajem, o czym on mówi. Trafił na drużynkę może nie wiejską, ale mieszankę złożoną trochę z miejscowych, a trochę z Krakowa. Mieszankę lubiąca się zabawić – Strzeboński pozwala poznać specyfikę tamtej drużyny.

Zasady Nawałki były proste. Punktualność? Bezwzględnie. Przygotowanie do treningu? Obowiązkowe. Kiedy kapitan drużyny Janusz Pudełko się zapomniał i na biegi po asfalcie przyszedł w korkach z metalowymi kołkami, to nie pozwolił mu ich zdjąć. Piłkarz cierpiał w nich w trakcie przebieżek po twardej nawierzchni.

Paproch na dywanie

Najbardziej żarliwie wojował z alkoholem wśród piłkarzy. Szło mu trudno, bo napotkał na opór. – Mieliśmy przyzwyczajenia, które ciężko było trenerowi wyplenić. Specjalnie nikt mu na złość nie robił – stara się bronić Strzeboński.

Część graczy zabierała na wyjazdowe mecze puszki piwa czy flaszkę wódki. W perspektywie mieli kilka godzin spędzonych w autokarze. Wracając z obcego miasta wlewali w siebie trunki, grali w karty i podsumowywali mecz. Nawałka z tym skończył, wprowadzając zakaz picia alkoholu. Zapowiedział, że jeśli kogoś z nim zobaczy, to wysadzi po drodze i podpadnięty wróci na własną rękę. I nieważne, czy do domu ma dwa czy dwieście kilometrów. Z piciem musieli więc uważać. Chowali się na tyle autokaru.

Nawałka ich sprawdzał. Ci, którzy mieszkali w Krakowie, wysiadali wcześniej. Musieli przejść obok trenera, który zajmował miejsce na przodzie. Na pożegnanie zagadywał ich przyjaźnie i przybliżał twarz. Próbował wyczuć alkohol. – Jeśli się zorientował, to taki zawodnik był na cenzurowanym. Zwracał też uwagę na tych, którzy w weekend poimprezowali i na poniedziałkowe zajęcia dotarli w niezbyt dobrym stanie. Organizował mocny trening, a część chłopaków zwracała zawartość żołądka – opowiada Strzeboński.

Na obozach odwiedzał piłkarzy w pokojach. – Co tam panowie? Jak się czujecie? – pytał zebranych.

– Dobrze panie trenerze – odpowiadali zwyczajowo.

– O, patrzcie, jakiś paproch znalazłem – podnosił okruch z dywanu i niósł do kosza. Szybko wiódł wzrokiem po jego wnętrzu i sprawdzał, czy nie ma tam kapsli po piwie.

Kilkadziesiąt metrów od stadionu Świtu, w kierunku centrum miasta, była knajpa. Zawodnicy lubili tam zaglądać, ale wraz z przyjściem Nawałki to się skończyło. Raz zapragnęli przywrócić tradycję. Rozsiedli się tam po treningu, zamówili piwo. Rozluźnili się, dopóki nie usłyszeli znajomego dźwięku. Przez kłopoty z biodrem (dzięki wstawionej później endoprotezie ból się zmniejszył) trener ciągnął nogę za sobą, szurając po podłożu. I wtedy właśnie usłyszeli złowrogie szuranie.

– Nie przeszkadzajcie sobie. Jak smakuje piwo? – przywitał się sympatycznie. Nic nie odpowiedzieli. – No nic, weźcie jutro na trening ortaliony, pobiegamy sobie – szybko się pożegnał. Odechciało im się piwa, zaraz skończyli posiedzenie. Nazajutrz przebiegli tyle kilometrów, ile nigdy wcześniej. Myśleli, że im nogi odpadną.

Kogutki na Rynku

Nawałka wiele wymagał, ale i sam poświęcił się pracy w Krzeszowicach. Tak jak na boisku, tak i w tej robocie nie uznawał półśrodków. Był nie tylko trenerem. Sprowadził do klubu firmę Polcaf produkującą Kawę z kogutkiem. – Miał kontakty, uczestniczył w rozmowach. Dzięki niemu zdobyliśmy sponsora – wspomina Lipniak.

Piłkarze byli outsiderami, ale ubiorem wyróżniali się w trzeciej lidze. Do Świtu trafiły trzy komplety nowych strojów, zawodnicy dostali też kurtki, torby i dresy. Wszystkie z charakterystycznym logo sponsora – kogutem. Kiedy część z nich wyszła w tych dresach na Rynek w Krakowie, o wszystkim dowiedział się trener. Na najbliższych zajęciach pogroził palcem: „Panowie, kogutki były widziane na Rynku”.

W klubie pojawiły się też sport-testery. – Otwieraliśmy oczy, co tu się dzieje – przyznaje Pudełko. Po treningach czy meczach chodził z zawodnikami po boisku i wyrywał chwasty. – Dbajcie o wasze miejsce pracy – powtarzał. Do robót nad utrzymaniem dobrego stanu murawy wciągnął też dyrektora klubu.

Nawałka zdemontował dotychczasowy sposób zarządzanie Świtem i wprowadził swój. Załatwił, że piłkarze co dwa tygodnie chodzili do sauny na odnową biologiczną. Zmienił menu podczas wyjazdów. – W tamtych czasach nikt nie przywiązywał do tego wagi. Jadło się schabowego z kapustą zasmażaną i wychodziło na mecz. U Nawałki pojawił się makaron – opowiada Piotr Piątek, były gracz Świtu.

Bez tolerancji dla mazgajów

Dwa-trzy miesiące trwało, zanim przekonali się do Nawałki. – Nie było tak, że wszedł do szatni i powiedzieliśmy sobie, że skoczymy za nim w ogień. Budował autorytet, nabieraliśmy do niego szacunku. Podobało nam się, że treningi były przygotowane do perfekcji. Nikt też nie odważył się powiedzieć: „Trenerze, może lżej, ja już nie mogę”. Jego nie obchodziło, czy ktoś się słabo czuje albo go zbiera na wymioty. Ćwiczyliśmy, jak to się mówi, do porzygania – opisuje Strzeboński. Wprowadził dodatkowe treningi. Nieobowiązkowe. Ale zazwyczaj był komplet. Piłkarze wiedzieli, że choć trener nikogo nie namawia, to nieobecności skrupulatnie odnotowuje.

Na boisku nie tolerował mazgajów, co zapowiedział już na wstępie. Sam sprawdzał wytrzymałość zawodników. Ćwiczył z nimi, dopóki nie odezwały się u niego kłopoty z nogami. Na rozgrzewkę lubił zabawę, w której grało się tylko głowami. Zawodnicy wpadali na siebie i nabijali guzy, a on ich tylko podkręcał: „Walka, walka” – krzyczał ze środka. W jakimś pojedynku sam przypadkowo wybił zęba Pudełce. – Janusz zapytał mnie potem: Piotrek, czy on jest normalny? – Piątek przedstawia treningi z Nawałką.

– Potrafił tak wpieprzyć się wślizgiem, żeby inny poczuł – dodaje Strzeboński. – Potem już mniej z nami grał, bo bardziej dbał o siebie. Jak chodziliśmy z nim pod prysznic, to byliśmy zszokowani jego wyglądem. Blizna na bliźnie. Był tak pochlastany po operacjach, że dziwiliśmy się, jak on funkcjonuje.

Z zawodnikami ćwiczył wspólnie w siłowni. Z Piątkiem założył się, kto wisząc na drążku więcej razy podciągnie kolana do brody. – Zrobiłem 25. A on ciach, ciach. Przebił mnie o dwa i mówi: „dość”. Widziałem, że mógł zrobić więcej – odtwarza tamtą sytuację pokonany.

Pomidor w szatni

Od piłkarzy wymagał jednego. Posłuszeństwa. Na odprawie przed meczem słyszeli podobny przekaz: „Walka, chłopaki, 90 minut walki! Po meczu możecie dychnąć! Praca, praca. To mnie rozliczają z wyników, nie was. Macie grać i realizować plan”. Kto nie realizował, podpadał. Ścieżka przy ławce gospodarzy na stadionie Świtu już zarosła, ale miejscowi doskonale pamiętają, że kiedyś była wydeptana przez Nawałkę. Podpowiadał, krzyczał, ustawiał. – Przy nim trzeba mieć mocną psychikę. Kto nie miał, ten sam się kończył. Potrafił ściągnąć z boiska tylko za to, komuś uciekł rywal. Darek Mielec dostał od niego trzy czy cztery wędki. Wchodził w 60. minucie, a trener zdejmował go z boiska po dwudziestu minutach, bo nie wykonywał jego założeń. Po kolejnej wędce Darek nie wytrzymał i po prostu się rozpłakał – maluje portret trenera Strzeboński.

Wpadał w furię, jeśli ktoś nie realizował planu. Zawodnicy odczuwali to w przerwach. – Pamiętam mecz z Kablem. Przegrywamy, schodzimy do szatni. Było zimno. Wszedł za nami, spokojnie zdjął kurtkę, powiesił na wieszaku. Siedzimy na ławeczkach, czekamy, co powie. I nagle wybuch. Kopnął w kosz, trafił nim w sufit. I wrzask: „Kur…a, co jest panowie?! Brać się do roboty!” – opowiada Piątek.

Innym razem koszem oberwał zawodnik, który nie zdążył się uchylić. Rozbił mu łuk brwiowy. – Na wyjazdach najbardziej baliśmy się, żeby nie pocelował w torby. W niektórych były szklane butelki z wiadomym napojem przygotowane na powrót. Gdyby ją rozbił dopiero byłoby nieciekawie – drapie się po głowie Strzeboński. – Czasem jak coś powiedział, to człowiek nie wiedział, czy wyjść na drugą połowę, czy zapaść się pod ziemię – przełyka ślinę Pudełko.

Przerwa meczu z Dalinem Myślenice. Świt przegrywa, w drodze do szatni zawodnicy dyskretnie zerkają na twarz Nawałki. I już wiedzą, czego się spodziewać. Niespodziewanie pomaga im Jerzy Ciężki, klubowy masażysta. – Poszedł z nami do szatni. Grzebie w torbie i nagle wyciąga pomidora. – Chce ktoś? – pyta beztrosko. Akurat moje spojrzenie spotkało się z Nawałką. Widzę, jak zaciska zęby, a potem zaczyna się śmiać: „Pietro, powiedz Jurkowi, że to nie miejsce i czas”. Ale przynajmniej uniknęliśmy wybuchu – Piątek pokazuje inną twarz trenera.

Pechowa rejestracja

Nie udało mu się jednak wydźwignąć Świtu. Do końca sezonu pozostał na ostatnim miejscu. Wygrał cztery mecze, przegrał sześć razy więcej. Do pierwszego bezpiecznego w tabeli zespołu, Pogoni Leżajsk, stracił 22 punkty. – Ciężko było wyjść z marazmu. Jeden raz w łeb, drugi raz w łeb, trzeci… Odechciewało się wszystkiego. Mimo prób trenera nic nie skutkowało, z braku lepszego materiału trudno mu było zmusić drużynę do jeszcze większego wysiłku – uważa Strzeboński.

Przesądni piłkarze zauważyli, że wpływ na porażko może mieć… samochód Nawałki. Jeździł Renault Megane z rejestracją, która kończyła się układem cyfr 1001. – A my najczęściej przegrywaliśmy 0:1. Wszędzie to 0:1. „Pudło” skojarzył to z autem trenera, ale nie powiedzieliśmy mu o tym – mówi Piątek.

Nawałka został w Świcie po spadku i zaczął czystki w drużynie. Pozbył się tych, którzy zabierali szklane butelki na wyjazdy. – Akurat byłem w tej grupie, ale nie miałem pretensji. Tłumaczył, że genetycznie nie nadaję się do piłki. A kopię ją do dziś. Prawie czterdzieści lat na karku, a gram w A klasie – nieśmiało uśmiecha się Strzeboński. Nawałka prowadził Świt przez większą część następnego sezonu w czwartej lidze. Odszedł, kiedy pojawiła się propozycja powrotu do Wisły.

Be Sociable, Share!

Możliwość komentowania jest wyłączona.